Jeden człowiek na piętnaście lasów, sześć patroli na rok
Zacznijmy od zdania, które w odpowiedzi Lasów Miejskich powinno zmrozić każdego, kto myśli, że rezerwat w środku miasta jest pilnowany. Za cały Obwód leśny Bielany-Młociny, czyli 15 kompleksów leśnych w dwóch dzielnicach, odpowiada jeden pracownik. Pracuje od 7:30 do 15:30, a rezerwat Las Bielański, jak piszą, patroluje „zgodnie z zapotrzebowaniem i w ramach możliwości czasowych”. Jeden człowiek. Piętnaście lasów. Do południa i wczesnym popołudniem, czyli wtedy, gdy najmniej się dzieje.
Do tego urząd przyznaje, że nie ma podpisanego porozumienia ze Strażą Miejską, a w całym 2026 roku odbyło się dokładnie 6 wspólnych patroli w lasach Bielan. Sześć. Lasy Miejskie tłumaczą, że nie mają kompetencji do karania wykroczeń, że nie ma Straży Leśnej i że po liczby mandatów trzeba się zwrócić do policji. Innymi słowy: gdy w rezerwacie ktoś puszcza psa luzem albo urządza libację, urząd, który tym rezerwatem zarządza, rozkłada ręce.
Sześćset dwadzieścia dziewięć drzew w rezerwacie i ani jednej ewidencji
W rezerwacie, przypomnijmy, nie wolno tknąć drzewa bez pisemnej zgody Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. A teraz liczby, które Lasy Miejskie podały same. W Lesie Bielańskim usunięto: w 2022 roku 154 drzewa, w 2023 aż 235, w 2024 dziewięćdziesiąt, w 2025 sto trzydzieści, w 2026 dwadzieścia. Razem, w latach 2022–2026, 629 drzew, z czego 156 to samoistne wywroty, a resztę wycięto. To rezerwat, nie plac budowy.
I tu pada przyznanie, które jest sednem sprawy. Usuwanie drzew „zagrażających bezpieczeństwu”, jak piszą, „nie wymaga uzyskiwania oddzielnych zgód”, a jedynie jest „zwyczajowo konsultowane na bieżąco” z RDOŚ. Czyli w rezerwacie o najwyższym reżimie ochrony można wycinać bez formalnej zgody, na słowo, byle nazwać drzewo „zagrażającym”. Do tego na pytanie o ewidencję wyciętych drzew urząd odpowiada krótko: takiej ewidencji nie prowadzą. Wycinają setki drzew w rezerwacie i nie prowadzą ich rejestru. W otulinie w tym samym czasie usunięto kolejne 321 drzew, plus trzebież na 4,34 ha.
A jak wygląda „czynna ochrona”, którą urząd lubi się chwalić? Prace przy dębach zrobiono raz, w 2023 roku. Gatunki obce usuwano w 2023 i 2024. I za każdym razem to samo zdanie: „Lasy Miejskie nie sporządzają oceny z przeprowadzonych zabiegów”. Nie ma oceny, nie ma sprawozdań do RDOŚ, nie ma ewidencji. Jest tylko piła i zaufanie, że nikt nie policzy.
Czego urząd po prostu nie robi (i sam się do tego przyznaje)
Mieszkanka pytała o rzeczy podstawowe, a odpowiedzi układają się w listę wstydu. Ile zwierząt zagryzły psy w rezerwacie? Lasy Miejskie „nie prowadzą statystyk”. Ile osób wchodzi do rezerwatu z psami? „Nie badają”. Co z ruchem samochodów na ul. Dewajtis, która przecina rezerwat i rozjeżdża płazy? To, jak odpisują, sprawa Urzędu Dzielnicy Bielany, nie ich. Dlaczego na tablicach w lesie nie ma informacji o karach? Bo „nakładanie kar nie należy do kompetencji LM-W”.
Zbierzmy to w jedno. Instytucja, która zarządza rezerwatem przyrody, nie liczy zagryzionych zwierząt, nie wie, ilu ludzi wchodzi z psami, odsyła w sprawie drogi przez rezerwat do innego urzędu i tłumaczy, że karać nie może. A na dodatek od miesięcy nie potrafi zapewnić poidła dla zwierząt w suszy, więc wodę noszą tam sami mieszkańcy. To nie jest gospodarowanie rezerwatem. To jest jego pozostawienie samemu sobie.
Lasek Lindego: dziesięcioletni limit wyrobiony w rok
Przejdźmy przez Marymoncką, do Lasku Lindego. Tu odpowiedzi Lasów Miejskich są jeszcze bardziej wymowne, bo dotyczą pieniędzy. Urząd podaje, ile drewna pozyskał: w 2022 roku 25,64 m³, w 2025 roku 69,65 m³, a w 2026 roku aż 156,27 m³. W jeden rok sześć razy więcej niż w 2022. I zdanie, które mówi wszystko: „etat powierzchniowy dla Lasu Lindego został wykonany w 100%”. Limit cięć rozpisany na całe dziesięciolecie 2018-2027 urząd wyrobił na sto procent już teraz, a przecież plan miał obowiązywać jeszcze przez rok czy dwa. Wygląda to nie na pielęgnację, lecz na wyścig z czasem, żeby wyciąć wszystko, co się da, zanim skończy się plan.
Do tego dochodzą drzewa wycinane „dla bezpieczeństwa”, osobno od limitu: w Lasku Lindego w latach 2022-2026 łącznie niemal 300 drzew, a przy nich zdanie: „Lasy Miejskie nie rejestrują informacji o gatunku oraz wymiarach drzewa” usuwanego z tego tytułu. Tną, ale nie zapisują, co tną. Uzasadnienie? Że siedlisko jest „niezgodne z siedliskiem” i powinny dominować drzewa liściaste, więc sosna musi zejść.
Zdrowe drzewa pod piłą, przyznane czarno na białym
To był główny zarzut mieszkanki: zdjęcia z 16 lutego 2026 roku pokazują żywe, zielone sosny bez objawów choroby. Lasy Miejskie w odpowiedzi próbują się bronić, twierdząc, że na zdjęciu nr 8 widać siniznę, a na zdjęciu nr 3 kłodę bez kory z resztkami trocin po owadach. Można się spierać o pojedyncze zdjęcia. Ale w tym samym piśmie pada zdanie, które kończy tę dyskusję na korzyść mieszkanki: „usunięciu nie podlegają wyłącznie drzewa martwe lub z oznakami zamierania, ale też drzewa zdrowe”. Urząd sam przyznaje, że wycina zdrowe drzewa. Cel, jak piszą, to „zmniejszenie konkurencji”.
I dobija to jeszcze jedno zdanie: „Lasy Miejskie nie dokumentują drzew, które zostały wyznaczone do wycięcia w zabiegach pielęgnacyjnych”. Nie ma dokumentacji fotograficznej ani pomiarowej przed wycinką. Nie ma protokołu wyznaczenia. Nikt nie musi wydać ekspertyzy, „decyduje pracownik obwodu”. Na cały Lasek Lindego zlecono raz, w 2024 roku, ekspertyzę dendrologiczną dla dziewięciu drzew. Dziewięciu. Wycina się setki, dokumentuje dziewięć.
Zdrowa sosna za 110 zł, czyli gdzie znikają pieniądze
A teraz odpowiedź na pytanie z tytułu: gdzie trafia drewno i pieniądze. Lasy Miejskie ujawniły przychody ze sprzedaży drewna: w skali całej jednostki 700 tys. zł w 2022 roku, a z samego Lasku Lindego 3 298,20 zł w 2022, 8 358 zł w 2025 i 18 630,72 zł w 2026 roku. Pieniądze trafiają do budżetu miasta. Ale nazwisk nabywców urząd podać nie chce, zasłaniając się przepisami. Kto konkretnie kupuje drewno z bielańskiego lasu, pozostaje tajemnicą.
Najbardziej gorzki jest jednak cennik. Z zestawienia sprzedaży wynika, że sosna z Lasku Lindego schodzi jako sortyment S4, czyli drewno opałowe, po 110 zł za metr sześcienny. Zdrowe, kilkudziesięcioletnie sosny z lasu, który jest buforem najcenniejszego rezerwatu w Warszawie, kończą jako opał po sto dziesięć złotych. Tak wygląda ta „pielęgnacja” od strony kasy.
I na koniec urząd sam mówi: rozliczyć się nie da
Że nikt tego nie skontroluje, potwierdzają same Lasy Miejskie. Na pytanie o roczne sprawozdania z wykonania planu odpisują: „przepisy nie wymagają” ich sporządzania. Na pytanie, gdzie te dane są publicznie, odpowiadają, że przekazują je do GUS i do Biura Ochrony Środowiska dwa razy w roku, ale „nie udostępniają tych informacji publicznie”. A na pytanie o wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE (C-432/21 z 2 marca 2023 roku), który nakazał dopuścić obywateli do zaskarżania planów urządzenia lasu, urząd stwierdza wprost: „wskazówki wynikające z przytoczonego wyroku TSUE nie zostały wdrożone do polskiego prawa”.
Krótko: dane są, ale ich nie pokażą; sprawozdań nie ma, bo „nie muszą”; a do sądu i tak nie pójdziesz, bo prawo tego nie przewiduje. To nie jest przejrzystość. To jest zamknięte koło, w którym obywatel dostaje uprzejme pismo i nic więcej.
Nazwijmy to po imieniu. Najmocniejsze wnioski
Rezerwatu Las Bielański pilnuje jeden pracownik na 15 kompleksów leśnych, praca do 15:30, i 6 wspólnych patroli w całym 2026 roku. Rezerwat de facto bez dozoru.
Skala i bezhołowie: 629 drzew usuniętych w rezerwacie w latach 2022–2026 i przyznanie, że robi się to bez oddzielnej zgody RDOŚ, „zwyczajowo konsultując” z nim wycinkę, oraz bez jakiejkolwiek ewidencji.
Wyścig z planem: dziesięcioletni limit cięć w Lasku Lindego wykonany w 100% przed końcem planu, a pozyskanie skoczyło z 25,64 m³ (2022) do 156,27 m³ (2026).
Zdrowe drzewa, przyznane wprost: „usunięciu podlegają nie tylko drzewa martwe (...), ale też drzewa zdrowe”, a urząd „nie dokumentuje drzew wyznaczonych do wycięcia”. Zdrowe drzewa idą pod piłę bez papieru.
Pieniądze: zdrowa sosna sprzedawana jako opał (S4) po 110 zł/m³, przychód z Lasku Lindego w 2026 roku to 18 630,72 zł, a nazwisk nabywców urząd nie ujawnia.
Zaniechania: Lasy Miejskie nie liczą zwierząt zagryzionych przez psy, nie badają frekwencji, nie prowadzą ewidencji wycinki, a poidła dla zwierząt w suszy noszą mieszkańcy.
Bezkarność: urząd sam przyznaje, że sprawozdań „nie musi” robić, danych „nie udostępnia publicznie”, a wyrok TSUE „nie został wdrożony”. Kontrola społeczna jest fikcją.
Jedno zdanie na koniec: to nie są zarzuty inicjatywy, to są odpowiedzi urzędu na piśmie, podpisane przez Dyrektora Lasów Miejskich. Sami przyznają, że tną zdrowe drzewa bez dokumentacji, wyrabiają limit przed czasem, sprzedają sosnę na opał i niczego nie rozliczają. Na to się nie godzimy.
Czego się domagamy
Żądamy pełnej jawności: ujawnienia ewidencji i podstaw prawnej każdej wycinki w rezerwacie i w Lasku Lindego, publikacji danych o pozyskaniu i sprzedaży drewna wraz z nabywcami w zakresie dozwolonym prawem, niezależnego audytu zdrowotnego wyciętych sosen, realnej obsady i patroli w rezerwacie, ochrony poideł i zwierząt oraz wykonania wyroku TSUE, który odda ludziom prawo do kontroli tego, co dzieje się z ich lasami. Domagamy się też, by ktoś wreszcie za to odpowiedział.
Bo my już wiemy, co śmierdzi w lasach miejskich. Teraz, dzięki odpowiedziom samych Lasów Miejskich, wiemy to czarno na białym.

