Przyznali się sami: tniemy na ślepo
Są dokumenty, których żaden spin doktor nie odkręci, bo napisał je sam urząd. Dwa pisma Lasów Miejskich z 17 lipca to spowiedź. W rezerwacie Las Bielański w pięć lat usunięto 629 drzew, z czego 473 ścięto żywcem. Urząd pisze wprost, że na wycinkę „nie wymaga uzyskiwania oddzielnych zgód”, a RDOŚ co najwyżej „zwyczajowo konsultuje na bieżąco”. Na te konsultacje nie ma ani jednej kartki. Ocen nie robią. Ewidencji nie prowadzą. Piszą to na zimno, jakby chwalili się dobrą robotą.
W Lasku Lindego, zielonym pasie wokół rezerwatu, w samym 2026 roku wycięli 156 metrów sześciennych drewna i sprzedali je za 18 630,52 zł. Przez pięć lat utargowali tam ponad 30 tysięcy. Plan wyrębu wykonali w stu procentach, co do metra, jak normę w kopalni. Zdrowe drzewa podpisali dwoma słowami: „niezgodne z siedliskiem”. Tyle wystarczy, żeby wjechała piła. Całego obwodu, piętnastu kompleksów leśnych i dwóch dzielnic, pilnuje jeden pracownik do wpół do czwartej. Straży Leśnej nie ma. To nie jest ochrona lasu. To jego obróbka na metry.
Prezydent od strzelania do dzików
Tak wygląda miłość prezydenta do przyrody w praktyce. 22 września 2026 roku sejmik Mazowsza, na wniosek Rafała Trzaskowskiego, otworzył w Warszawie odstrzał dzików. Bez górnego limitu. Uchwała dopuszcza odstrzał redukcyjny i odłów z uśmierceniem, a decyzję o zabiciu zostawia wykonawcom miasta. Do końca sierpnia 2026 roku uśmiercono już 413 dzików.
Ratusz uspokaja, że nie ma mowy o automacie i że każdy przypadek ocenią indywidualnie. Tyle że powołany przez samo miasto zespół do spraw dzikich zwierząt o treści uchwały nikt nie zapytał, a Pracownia na Rzecz Wszystkich Zwierząt poszła z nią do wojewody, żądając uchylenia. Zapamiętajmy ten obrazek. Ten sam człowiek, który na billboardzie trzyma sadzonkę, podpisuje się pod rozstrzeliwaniem zwierząt w stolicy.
Zieleń na słupach, piły w lesie
Bo zieleń Trzaskowskiego to zieleń na pokaz. Po remoncie Świętokrzyskiej i na placu Powstańców miasto powtykało drzewka do wielkich donic i ogłosiło zieloną rewolucję centrum. Rośliny w donicach marnieją, a ich utrzymanie kosztuje krocie. Na Ursynowie „skwer Trzaskowskiego” z budżetu obywatelskiego stał się żartem, bo zamiast drzew posadzono na nim trawę i krzaczki. To jest jego przyroda: zieleń, która dobrze wychodzi na zdjęciu i nie przeszkadza w betonie.
Prawdziwy las, ten który rośnie sto lat, idzie pod piłę bez jednej oceny. Doniczka na Świętokrzyskiej ma większą ochronę niż dąb w rezerwacie.
Milion drzew? Nie posadził. Ale wycinać potrafi
W 2018 roku obiecał milion nowych drzew do 2020 roku. Nie posadził. Z danych samego ratusza wyszła mniej więcej połowa, a niezależne wyliczenia były jeszcze niższe. Z miliona została aplikacja i hasło na plakacie. Za to wycinać jego miasto potrafi sprawnie i bez papierów.
I tu pada pytanie, na które prezydent nie ma odwagi odpowiedzieć. Po co wielkim kosztem sadzić nowe drzewka, skoro w tym samym mieście tnie się zdrowe, dorosłe drzewa, których nikt nie odtworzy przez następne stulecie? To nie polityka ekologiczna. To księgowość, w której żywy las jest pozycją do skasowania.
To nie tylko Bielany
Las Bielański nie jest wypadkiem przy pracy, tylko regułą. Jesienią 2024 roku mieszkańcy Ursusa bronili EkoParku, który miasto urządziło pięć lat wcześniej za 10 milionów złotych, a potem zaplanowało przeprowadzić przez niego drogę. Wiosną 2024 roku na Ursynowie, w parku przy Bażantarni, poszło pod topór ponad 50 drzew, bo urzędnicy uznali, że „zagrażały spacerowiczom”. „Zagrożenie” to ulubione słowo tej ekipy. Za każdym razem winne jest drzewo, nigdy ten, kto wydał zgodę.
Chowa się za urzędnikami
Nasza Czytelniczka pisze do miasta od miesięcy. O koncertach pod rezerwatem w środku lęgów, mimo pisemnego sprzeciwu RDOŚ. O wycince. I za każdym razem dostaje to samo: odsyłanie w kółko. Lasy Miejskie na RDOŚ i policję, straż miejska na Lasy Miejskie, Biuro Ochrony Środowiska, że to nie jego sprawa. Na apele obrońców Lasu Bielańskiego sam prezydent nie odpowiedział ani razu.
Więc napisała do niego wprost i zażądała, żeby odpowiedział osobiście i podpisał się własnym nazwiskiem, bo to on, a nie kolejna komórka, jest szefem Lasów Miejskich. Zapytała go o rzecz, która obnaża całą tę politykę. Po co wycinać zdrowe sosny dla 18 tysięcy złotych, kwoty, której w wielomiliardowym budżecie miasta nie widać, skoro równolegle wydaje się majątek na drzewka w donicach? Odpowiedzi nie ma. Jest milczenie.
Rafał Trzaskowski może to wszystko zakończyć jednym podpisem. Jest prezydentem miasta i zwierzchnikiem Lasów Miejskich, więc nie wywinie się tym, że „to nie jego dział”. Ostatni dziki las w granicach Warszawy jest na jego odpowiedzialność. Dopóki milczy, obowiązuje jedna zasada, a wypisali ją jego właśni urzędnicy: tną, bo mogą. Mogą, bo pozwala.

